niedziela, 14 sierpnia 2016

OroIta: Przeznaczenie.









Pierwszy dzień w podstawówce.  Nie rozumiałem, dlaczego rodzice każą mi tam iść. To było bez sensu. Rozumiałem i umiałem więcej niż moi rówieśnicy. Mogłem nawet określić siebie njako ponadprzeciętnego. Prychnąłem pod nosem i spojrzałem na swoją rodzicielkę. Jej długie czarne włosy powiewały na wietrze. Kosmyki jej włosów lekko łaskotały mnie w policzek. Lubiłem te momenty, gdy znajdowała dla mnie czas. Nawet ten znosiłem jakoś. Mimo, iż wcale, a wcale mi się to nie podobało. Popatrzyłem na jej wystające kości policzkowe które tylko dodawały jej pociągłej, trójkątnej twarzy uroku. Była ładna, nawet piękna. Nie rozumiałem ojca, który nie doceniał urody matki. Ani rodzicielki, która nadał była z tym alkoholikiem. Nie zasługiwał na nią. Nawet ja o tym wiedziałem, pomimo takiego wieku. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Na jej bladej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Odwzajemniłem go. Przystanęła, po czym kucnęła przede mną. Położyła dłoń na moim ramieniu. Od razu poczułem się lepiej oraz pewniejszy siebie. Gdzieś uleciały moje wątpliwości.
- Denerwujesz się, Orochimaru?
- Aż tak to po mnie widać? – spytałem, a mój głos minimalnie zadrżał. Tyle wystarczyło, by moja czujna mama to wychwyciła. Pogładziła kciukiem mój policzek.
- Jesteś moim synem, a zadaniem matki jest wiedza o swoim dziecku – kąciki ust kobiety uniosły się ku górze. Najwidoczniej próbowała ukryć rozbawienie faktem, że pierworodny może czegoś się obawiać. Położyła dłoń na czarnych włosach syna.
- A zadaniem syna?
- Kochanie matki i ojca jakikolwiek by był. – moje źrenice momentalnie się rozszerzyły. Jak miałem kochać kogoś takiego jak ojciec? Nie rozumiałem tego i nawet nie próbowałem. Dla mnie już zawsze będzie nikim. A mamę kochałem jak nikogo innego na świecie.
- Dobrze, mamo – pochyliłem głowę do przodu i wbiłem spojrzenie w chodnik. Młoda kobieta, widząc postawę syna, cicho westchnęła pod nosem. Uniosła trzema palcami brodę swojego jedynaka, popatrzyła mu w oczy.
- Przepraszam cię za sytuacje w domu. Postaram się, żeby było lepiej. Dobrze? – uśmiechnęła się, przez co odwzajemniłem gest. Chwilę później poczułem jej ciepłe i miękkie wargi na swoim czole.
- Mamo chodź, bo spóźnimy się na moje rozpoczęcie! – zawołałem ponieważ nie chciałem pokazać jak silne ta namiastka czułości spowodowała u mnie emocje. Kobieta zaśmiała się, podniosła i ponownie chwyciła moją dłoń. Kilka minut później znalazłem się przed zielonym budynkiem, który był dość duży. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał tak źle. Jeśli można tak określić taką instytucje jak szkoła. Zacisnąłem dłoń w piąstkę, a następnie powoli zacząłem prostować palce. Moją uwagę przykuł pewien chłopak. Na oko niewiele starszy, a może nawet wiekiem podobnym do mnie. Miał krótkie włosy związane w kucyk. Jego duże oliwkowe oczy przewiercały mnie na wskroś. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Uśmiechnąłem się do siebie. Miałem nadzieję, że ten nieznajomy będzie chodził ze mną do klasy. Poczułem szarpnięcie. Musiałem chyba się zatrzymać, ponieważ ujrzałem jak dwie czarne tęczówki wpatrują się we mnie intensywnie. Posłałem mu niewinny uśmiech.
- A jeszcze chwilę temu marudziłeś, że się spóźnimy.
- Po prostu zastanawiam z kim będę w klasie – burknąłem i nadąłem usta. Znowu ten śmiech. Spojrzałem na nią spod byka, lecz zamiast mnie skarcić, zmierzwiła moje włosy.
- Oj, kochanie, kochanie. Chodź już. Może poznamy jeszcze przed rozpoczęcie twoich przyszłych kolegów i koleżanki – uśmiechnęła się tajemniczo. Wzdrygnąłem się na samą myśl, że będę musiał przebywać z dużą ilością dzieciaków. W dodatku z takimi, które nic nie umieją. Posłusznie ruszyłem za matką, nie puszczając jej delikatnej dłoni. Dziwiłem się, że jest tak miękka w dotyku, chociaż nie raz pracowała do późna, by zapewnić nam byt. Postanowiłem, że jak będę dostatecznie dorosły, to ja utrzymam naszą dwójkę i nie pozwolę jej pracować. Podeszliśmy do wspomnianego wcześniej chłopaka. Z bliska wyglądał bardziej sympatycznie. Jego oczy czujnie lustrowały moją sylwetkę. I vice versa. Nieśmiało się uśmiechnąłem.
- Cześć, jestem Orochimaru.
- Cześć, a ja Uchiha Itachi. Nie seplenisz – po tonie jego głosu można było usłyszeć zaskoczenie. Sam również odczuwałem podobny stan. Nie myślałem, że spotkam w pierwszej klasie podstawówki kogoś tak.. hmmm... inteligentnego? Jak ja.
- Ty również – wydukałem. Po chwili cicho się zaśmiałem. Sytuacja wydała mi się absurdalna. Również nowo poznany zaśmiał się.
- Czyli nie będzie tak nudno, jak myślałem – posłał mi uśmiech, który od razu przypadł mi do gustu. Postanowiłem, że za wszelką cenę zajmę miejsce u boku Uchihy.
- Dokładnie.
- Widzę, że nasi chłopcy się dogadują. To dobrze. A co najważniejsze obaj umieją więcej niż przeciętny dzieciak w pierwszej klasie.
- O tak. Cieszę się, że mój syn będzie miał kolegę.
- Nazywam się Fugaku Uchiha, a to moja żona Mikoto.
- Bardzo mi miło. Ja nazywam się Ari Umros. A to mój syn Orochimaru. Niedawno się przeprowadziliśmy, dlatego jeszcze nikogo nie znamy.
- W takim razie zapraszamy panią i syna na kolację. Co pani na to?
- Z przyjemnością – na twarzy kobiety pojawił się uśmiech. Kiwnęła twierdząco głową, po czym zerknęła na syna, który zajął się rozmową z rówieśnikiem. Cieszyła się, że pierworodnemu udało się nawiązać kontakt. W końcu cała piątka ruszyła na salę, gdzie miał odbyć się apel.
Z Itachim rozmawiało mi się bardzo dobrze. Nawet nie zauważyłem kiedy minęła cała ta śmieszna ceremonia i znaleźliśmy się w sali. Od razu zająłem miejsce obok nowego przyjaciela. Po zakończonych zajęciach, o ile można było tak nazwać to, co się działo, odetchnąłem. Zerknąłem na czarnowłosego. Wiedziałem, że mama czeka, a chciałem się pożegnać.
- To do zobaczenia wieczorem.
- Do wieczora. Shisui będzie. Nie mógł dzisiaj przyjść na rozpoczęcie roku, ale jutro już będzie.
- Będzie z nami do klasy chodził?
- Nie głuptasie – cicho się zaśmiał. Poczułem, jak ból w okolicy klatki piersiowej odchodzi ustępując uldze. Posłałem koledze uśmiech.
- Jest od nas starszy o rok, ale kochany z niego przyjaciel.
- Już zawsze będziemy siedzieć razem w ławce?
- Przyjaciele na zawsze?
- Może nasze „zawsze” będzie naszym „zgoda”? – spojrzałem na niego z zainteresowaniem. Ten tylko kiwnął głową, a na twarzy pojawił mu się uśmiech. Szeroko się uśmiechnąłem, ukazując światu swoje uzębienie.
- Zgoda?
- Zgoda – usatysfakcjonowany tym uścisnąłem dłoń przyjaciela i pobiegłem do matki. Od tego momentu staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi, aż do teraz. A raczej dzisiaj jesteśmy najlepszymi partnerami. 


Beta: Yuri S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz