Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, Julianie, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa. ~ Carlos Ruiz - Cień wiatru
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo nie chciało mi się pracować. Dokumenty piętrzyły się na biurku, Shikamaru od dobrych dwudziestu minut tłumaczył mi coś na temat budżetu wioski, a ja miałem ochotę spalić to wszystko Amaterasu i wrócić do szpitala. Naruto powinien teraz odpoczywać, ale znając tego młotka, pewnie już kombinował, jak wymknąć się z łóżka. Samą myślą o tym doprowadzał mnie do szału. Dwa lata czekałem, aż otworzy oczy, a teraz, kiedy w końcu to zrobił, zamierzał przyprawić mnie o zawał.
- Słuchasz mnie w ogóle, Sasuke?
- Hn.
- To nie jest odpowiedź.
- A jednak wystarczyła, żebyś przestał gadać na trzy sekundy. - Shikamaru westchnął ciężko i odłożył dokumenty na biurko. Spojrzał na mnie z tym swoim irytującym wyrazem twarzy, który mówił, że doskonale wie, co chodzi mi po głowie, i tylko czeka, aż sam się do tego przyznam.
- Idź do niego. - uniósłem wzrok znad papierów.
- Słucham?
- Od dziesięciu minut patrzysz na zegar. Co chwilę sprawdzasz chakrę Naruto, a kiedy ktoś przechodzi korytarzem, odwracasz głowę w stronę drzwi. Naprawdę myślisz, że tego nie zauważyłem? - zmrużyłem oczy. Nienawidziłem, kiedy ktoś trafiał w sedno.
- Masz za dużo wolnego czasu, Nara.
- A ty masz za dużo roboty i zdecydowanie za mało rozsądku. Naruto dopiero się wybudził. Nie oczekuj, że od razu wróci do dawnego życia. Potrzebuje czasu.
- Wiem. - odpowiedziałem szybciej, niż zamierzałem. Shikamaru chyba również to zauważył, bo jego twarz nieco złagodniała.
- To dobrze. Bo on będzie próbował udowodnić wszystkim, że nic mu nie jest. A ty będziesz próbował go pilnować na każdym kroku. W końcu obaj doprowadzicie się do szału.
- Już to robi. - Nara parsknął śmiechem.
- W takim razie wszystko wróciło do normy. - rzuciłem w niego spojrzeniem, które powinno wystarczyć, żeby zrozumiał, że jeszcze jedno słowo i będę musiał poszukać nowego doradcy. Niestety, Shikamaru nigdy nie należał do ludzi szczególnie podatnych na groźby. Zebrał dokumenty, po czym wstał.
- Dokończę to za ciebie. Ale jutro chcę zobaczyć cię tutaj od rana. I nie próbuj mi wmówić, że jako Hokage możesz robić, co ci się podoba. Już jeden taki idiota wystarczy.- Słyszałem, Nara.
- Właśnie dlatego mówię drugi raz. - zniknął za drzwiami, zostawiając mnie samego z papierami i własnymi myślami. Przez chwilę siedziałem bez ruchu. Dwa lata. Przez dwa lata Naruto leżał w szpitalnym łóżku, a ja każdego dnia zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś usłyszę jego głos. Teraz mogłem po prostu wstać, przejść kilka ulic i zobaczyć go na własne oczy. Mogłem z nim porozmawiać, pokłócić się, a nawet pozwolić mu nazwać mnie draniem, jeśli akurat miał na to ochotę. A mimo to wciąż bałem się, że zniknie. To było absurdalne. Przeżyłem wojnę, utratę rodziny, własne błędy i lata spędzone na uciekaniu przed wszystkim, co miało dla mnie znaczenie. A teraz bałem się zostawić człowieka samego na godzinę. Wstałem, odłożyłem dokumenty na stos i wyszedłem z gabinetu. Shikamaru miał rację. Nie musiałem udawać, że obowiązki są ważniejsze od wszystkiego innego. Przynajmniej nie dzisiaj.
Naruto siedział na łóżku, kiedy wszedłem do sali. Miał na sobie pomarańczową bluzę, którą ktoś musiał mu przynieść, i właśnie próbował dosięgnąć szklanki stojącej na szafce. Problem polegał na tym, że szafka znajdowała się zdecydowanie za daleko, a on był zdecydowanie zbyt dumny, żeby poprosić kogokolwiek o pomoc. Przez kilka sekund obserwowałem go w milczeniu.
- Jeśli spadniesz z tego łóżka, osobiście cię uduszę. - drgnął i odwrócił głowę. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Sasu! Wróciłeś dattebayo!
- Jak widzisz.
- To podaj mi wodę. - spojrzałem na szklankę, potem na niego.
- Masz dwie sprawne ręce.
- Jedną próbowałem sięgnąć po wodę, a drugą trzymałem się łóżka, żeby nie spaść! Poza tym jesteś bliżej!
- Jestem po drugiej stronie pokoju.
- Szczegóły! - westchnąłem, podszedłem do szafki i podałem mu szklankę. Naruto przyjął ją z miną człowieka, który właśnie odniósł wielkie zwycięstwo. Wypił kilka łyków, po czym odstawił naczynie na stolik.
- Wiesz, co jest najgorsze?
- Twoje istnienie?
- Nie, ty cholerny draniu! To, że wszyscy traktują mnie jakbym był z porcelany. Tsunade nie pozwala mi wstawać, Sakura ciągle sprawdza mi puls, a Shikamaru przyniósł mi dzisiaj dokumenty! - zmarszczyłem brwi.
- Jakie dokumenty?
- No, takie zwykłe. Raporty z misji, jakieś zestawienia, plany patrolów... Chciałem sobie poczytać, ale Tsunade zabrała mi je po pięciu minutach. Powiedziała, że mam odpoczywać.
- I bardzo dobrze. - Naruto spojrzał na mnie z oburzeniem.
- Ty też?!
- Tak. W przeciwieństwie do ciebie mam trochę rozsądku.
- HA! To dlaczego dwa lata codziennie przychodziłeś do szpitala i siedziałeś przy mnie, nawet kiedy nic się nie działo?! - zamarłem. Uzumaki natychmiast przestał się uśmiechać. Chyba sam nie spodziewał się, że wypowie te słowa na głos. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie miałem zamiaru kłamać. Nie przed nim. Nie po tym wszystkim.
- Bo cię kocham, idioto. - jego policzki pokryły się rumieńcem. Odwrócił wzrok, ale dostrzegłem, że kąciki ust zaczynają mu drżeć.
- Mogłeś powiedzieć to trochę ciszej, dattebayo...
- W pokoju jesteśmy sami.
- Ale ściany mają uszy!
- W takim razie niech się dowiedzą. - Naruto zakrył twarz dłonią. Zaśmiałem się cicho, a on natychmiast wyciągnął rękę i uderzył mnie lekko w ramię.
- Nie śmiej się ze mnie, teme! - złapałem jego dłoń, zanim zdążył uderzyć mnie ponownie. Tym razem nie żartował. Jego palce zacisnęły się na moich, a spojrzenie stało się poważniejsze.
- Sasuke... pamiętasz, co powiedziałeś, kiedy leżałem tam... po walce? - skinąłem głową.
- Pamiętam.
- Naprawdę mnie kochasz? - to pytanie zabolało bardziej, niż powinno. Przez tyle lat dawałem mu powody, żeby wątpił. Odchodziłem bez słowa, wracałem na krótko, a później znowu znikałem. Nawet kiedy był obok mnie, potrafiłem udawać, że nic nie czuję. Nie mogłem oczekiwać, że jedno wyznanie naprawi wszystko. Przysunąłem krzesło do łóżka i usiadłem.
- Naruto, spójrz na mnie. - powoli odwrócił głowę.
- Nie wiem, jak będzie wyglądało nasze życie za miesiąc czy za rok. Nie wiem, ile czasu zajmie ci powrót do zdrowia ani czy wszystko będzie wyglądało tak jak kiedyś. Nie będę ci obiecywał, że od teraz nic złego się nie wydarzy. Ale wiem jedno. Nie zamierzam już uciekać. Kocham cię. I jeśli pozwolisz mi zostać, to zostanę. - przez moment nic nie mówił. Potem przesunął się ostrożnie w moją stronę i oparł czoło o moje ramię.
- Jesteś strasznym idiotą, Sasuke.
- Wiem.
- Mogłeś powiedzieć mi to wcześniej.
- Wiem.
- Naprawdę strasznym. - objąłem go ostrożnie, uważając na jego osłabione ciało.
- Naruto?
- Hm?
- Zamknij się już i odpoczywaj. - usłyszałem jego cichy śmiech. Po chwili poczułem, jak wtula się we mnie mocniej. I pierwszy raz od dwóch lat nie musiałem wyobrażać sobie, jak to jest.
Rozmowa Naruto z rodziną nie należała do łatwych. Wiedziałem, że musi się odbyć, ale nie zamierzałem wtrącać się w nią bez jego zgody. To była jego sprawa. Jego żona, jego dzieci i lata wspólnego życia. Mogłem być obok, ale nie mogłem podjąć tej decyzji za niego. Tego dnia, kiedy wróciłem do szpitala po zakończeniu obowiązków, zastałem Naruto siedzącego przy oknie. Wyglądał na zmęczonego. Na stoliku obok leżała nietknięta kolacja.
- Gdzie twoje jedzenie?
- Nie jestem głodny. - podszedłem bliżej. Jego chakra była niestabilna, a twarz wyraźnie bledsza niż rano. Nie musiałem pytać, co się stało. Rozmowa z Hinatą i dziećmi musiała być trudniejsza, niż zakładał. Usiadłem obok niego.
- Rozmawiałeś z nimi? - skinął głową.
- Tak. - nie naciskałem. Czekałem, aż sam zdecyduje, czy chce mi powiedzieć więcej.
- Himawari płakała. Boruto... - Naruto urwał, zaciskając palce na kocu.
- Boruto powiedział, że zawsze wiedział, że coś jest nie tak. Że ciągle mnie nie było, nawet kiedy siedziałem obok niego. Że bardziej interesowało mnie to, co działo się w pracy, niż to, co chciał mi powiedzieć. - przymknął powieki.
- A najgorsze jest to, że miał rację. - nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Mógłbym powiedzieć, że każdy popełnia błędy, że był Hokage i miał na głowie całą wioskę. Ale to nie zmieniłoby faktu, że jego dzieci cierpiały.
- Nie możesz cofnąć czasu, Naruto.
- Wiem.
- Możesz za to spróbować naprawić to, co zepsułeś. - popatrzył na mnie. W jego oczach pojawił się smutek, ale też coś, czego nie widziałem od dawna. Determinacja.
- Chcę być dla nich dobrym ojcem, Sasuke. Nawet jeśli nie będę już z Hinatą.
- W takim razie bądź.
- Tak po prostu?
- Nie. Będziesz musiał się starać, słuchać ich i czasem przyznać, że nie masz racji. To ostatnie może być dla ciebie szczególnie trudne. - Naruto prychnął.
- Powiedział ten, który nigdy nie przyznaje się do błędów!
- Właśnie dlatego wiem, o czym mówię. - przez chwilę patrzył na mnie, po czym parsknął śmiechem. Zaraz jednak spoważniał.
- Hinata powiedziała, że nie jest zaskoczona. Że od dawna czuła, że moje serce jest gdzie indziej. Ale to nie znaczy, że jej nie zraniłem. Nie chciałem tego, Sasu.
- Wiem.
- Nie chcę, żeby dzieci myślały, że wybieram ciebie zamiast nich. - zacisnąłem szczękę. To było właśnie to, czego się obawiałem. Nie chciałem, żeby Naruto musiał wybierać między mną a rodziną. Nie zamierzałem stawać się kolejnym powodem, dla którego miałby cierpieć.
- Nie musisz wybierać, Naruto. Jestem z tobą, ale nie zamierzam odbierać ci dzieci. - odwrócił się w moją stronę.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Nie jestem aż takim dupkiem.
- Polemizowałbym.
- Uważaj, młotku. - uśmiechnął się lekko, a następnie oparł głowę na moim ramieniu.
- Dziękuję, Sasuke. - nie odpowiedziałem. Po prostu chwyciłem jego dłoń. Nie potrzebował kolejnych obietnic. Potrzebował wiedzieć, że kiedy nadejdzie kolejny trudny dzień, nie zostanie z nim sam.
Powrót Naruto do obowiązków Hokage okazał się znacznie trudniejszy, niż obaj zakładaliśmy. Tsunade nie zamierzała pozwolić mu wrócić do pracy, dopóki nie odzyska wystarczającej siły. Naruto natomiast uważał, że skoro potrafi samodzielnie przejść przez pokój, to równie dobrze może wrócić do gabinetu i zająć się wszystkim, co przez dwa lata zdążyło się nagromadzić. Kiedy pierwszy raz spróbował wstać z łóżka bez pomocy, prawie upadł na podłogę. Złapałem go w ostatniej chwili.
- Co ty wyprawiasz, do cholery?!
- Chciałem tylko przejść do okna!
- Mogłeś mnie zawołać!
- Nie będę cię wołał za każdym razem, kiedy chcę zrobić dwa kroki, dattebayo!
- W takim razie następnym razem pozwolę ci upaść. - Naruto spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Nie odważyłbyś się!
- Chcesz się przekonać? - przez kilka sekund mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu westchnął i pozwolił mi pomóc sobie wrócić na łóżko. Kiedy usiadł, zauważyłem, że zaciska zęby, próbując ukryć ból. Nie skomentowałem tego. Podałem mu wodę i usiadłem obok.
- Wiem, że chcesz wrócić do normalnego życia. - powiedziałem po chwili.
- Ale twoje ciało nie nadąża za twoimi ambicjami.
- Nienawidzę tego.
- Czego?
- Tego, że nie mogę zrobić nawet najprostszych rzeczy. Przez całe życie trenowałem, żeby być silniejszym. Chciałem chronić wszystkich. A teraz potrzebuję pomocy, żeby przejść przez pokój. - spojrzałem na niego uważnie. Znałem ten ton. Naruto zawsze brał na siebie więcej, niż powinien, a kiedy nie dawał rady, obwiniał się za wszystko.
- To nie czyni cię słabym.
- Łatwo ci mówić.
- Nie powiedziałem, że będzie łatwo. - przesunąłem dłoń po jego włosach. Były już znacznie dłuższe niż przed walką i wciąż przypominały mi Minato. Naruto przymknął oczy, wyraźnie zmęczony.
- Odpocznij. Jutro spróbujemy ponownie.
- My?
- A widzisz tu kogoś innego? - otworzył jedno oko i uśmiechnął się pod nosem.
- Mój Sasuś jest bardzo troskliwy.
- Jeszcze jedno słowo, a będziesz ćwiczył z Rockiem Lee.
- NIE! Wszystko, tylko nie to! - zaśmiałem się. Naruto również, choć po chwili skrzywił się z powodu bólu brzucha. Natychmiast spoważniałem, ale machnął ręką, zapewniając, że nic mu nie jest. Tego wieczoru zasnął, trzymając mnie za rękę. Nie wysunąłem jej nawet wtedy, kiedy zaczęła drętwieć.
Minęły kolejne tygodnie, zanim Tsunade pozwoliła Naruto opuścić szpital. Nie oznaczało to jednak, że nagle odzyskał dawną siłę. Wciąż szybko się męczył, czasami brakowało mu tchu, a chakra odmawiała posłuszeństwa w najmniej odpowiednich momentach. Mimo to był szczęśliwy. Po raz pierwszy od dawna nie musiał udawać, że wszystko jest w porządku. Mógł odpocząć, kiedy był zmęczony, i poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebował. Nie zawsze mu się to udawało. Czasami nadal próbował robić wszystko sam, a ja musiałem przypominać mu, że nie jest już w stanie pokonać całego świata jednym Rasenganem.
W końcu nadszedł dzień, w którym Naruto po raz pierwszy od wybudzenia wszedł do siedziby Hokage. Oczywiście nie obyło się bez problemów.
- Nie wierzę, że naprawdę mnie tu przyprowadziłeś. - mruknął, kiedy stanęliśmy przed wejściem.
- Sam chciałeś wrócić.
- Tak, ale nie myślałem, że będziesz mnie pilnował jak dziecko!
- Gdybyś zachowywał się jak dorosły, nie musiałbym tego robić.
- Sasuke!
- Naruto! - przechodzący obok shinobi natychmiast przyspieszyli kroku. Nie dziwiłem im się. Kłótnie między nami zawsze przyciągały uwagę, a po dwóch latach milczenia wioska najwyraźniej zdążyła zapomnieć, jak głośni potrafimy być, kiedy znajdziemy się w jednym pomieszczeniu. Weszliśmy do środka. Shikamaru czekał już na nas z naręczem dokumentów. Na widok Naruto zatrzymał się na moment, a potem uśmiechnął się lekko.
- Dobrze cię widzieć na nogach.
- Mnie też dobrze widzieć, Shikamaru! - Naruto wyszczerzył zęby.
- To co, wracamy do pracy? - Nara spojrzał na niego, potem na mnie.
- Oczywiście. Ale najpierw porozmawiamy o twoim stanie zdrowia, ograniczeniach i planie stopniowego powrotu do obowiązków. - uśmiech Naruto zniknął.
- O nie. Tylko nie kolejny plan.
- Możesz też wrócić do szpitala.
- Dobra! Dobra, już! Dattebayo! - nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Shikamaru zauważył to i uniósł brew, ale tym razem postanowiłem nie zwracać na niego uwagi.
Pierwszego dnia Naruto spędził w gabinecie zaledwie godzinę. Przejrzał kilka raportów, wysłuchał Shikamaru i podpisał dokumenty, które nie wymagały dłuższego zastanowienia. Potem zaczął blednąć, a jego chakra wyraźnie osłabła. Nie musiałem nic mówić. Odłożyłem papiery, podszedłem do niego i pomogłem mu wstać.
- Wracamy.
- Ale jeszcze nie skończyłem!
- Dokończysz jutro.
- Sasuke, ja...
- Naruto. - spojrzał na mnie. Nie musiałem podnosić głosu. Wystarczyło, że wyciągnąłem do niego rękę. Po chwili westchnął i chwycił ją.
- Nienawidzę, kiedy masz rację.
- Przyzwyczajaj się, młotku.
Z czasem godzina zmieniła się w dwie, potem w trzy. Naruto odzyskiwał siły powoli, ale konsekwentnie. Nadal musiał uważać na przemęczenie, a niektóre dni kończyły się tym, że zasypiał na kanapie w gabinecie, zanim zdążył przeczytać połowę raportów. W takich chwilach brałem dokumenty i kończyłem pracę za niego. Początkowo protestował. Twierdził, że nie potrzebuje niańki i że sam potrafi wykonywać obowiązki Hokage. Odpowiadałem wtedy, że owszem, ale nie zamierzam pozwolić mu ponownie doprowadzić się do stanu, w którym jedyną osobą mogącą go powstrzymać będzie grabarz. Nie był zachwycony tym argumentem. Jednak z czasem zaczął mi ufać. Pozwalał mi przeglądać raporty, uczestniczyć w naradach i podejmować decyzje, kiedy sam potrzebował odpoczynku. Nie oznaczało to, że zawsze się zgadzaliśmy. Wręcz przeciwnie. Czasami potrafiliśmy kłócić się przez pół dnia o jedną decyzję dotyczącą patroli albo budżetu. Shikamaru twierdził, że praca z nami dwoma jest gorsza niż praca z jednym Naruto. Ja uważałem, że po prostu zazdrości nam naszej efektywności.
Pewnego wieczoru, kiedy większość dokumentów była już podpisana, Naruto odchylił się na krześle i spojrzał na mnie z ukosa.
- Wiesz, że nie musisz tu ze mną siedzieć do późna? - nie oderwałem wzroku od raportu.
- Wiem.
- Masz własne obowiązki.
- Wiem.
- I dom. - podniosłem głowę.
- Do czego zmierzasz, Uzumaki? - przez chwilę bawił się końcówką pióra, wyraźnie nie wiedząc, jak zacząć.
- Po prostu... nie chcę, żebyś został tutaj tylko dlatego, że się o mnie martwisz. Masz własne życie, Sasuke. - odłożyłem pióro. Tym razem nie zamierzałem uciekać od rozmowy.
- Moje życie jest tutaj. - Naruto uniósł głowę.
- Ale...
- Nie skończyłem. - przysunąłem krzesło bliżej jego biurka.
- Przez większość życia uważałem, że muszę być sam. Że jeśli będę trzymał wszystkich na dystans, nikt nie będzie mógł mnie zranić. Wiesz, jak to się skończyło. Straciłem rodzinę, przyjaciół, a potem prawie ciebie. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu po raz kolejny. -patrzył na mnie w milczeniu.
- Nie siedzę tu dlatego, że muszę. Siedzę, bo chcę. Chcę pomagać ci w pracy, chcę wracać z tobą do domu, chcę słuchać twojego narzekania na Shikamaru i chcę kłócić się z tobą o rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia. Chcę być przy tobie również wtedy, kiedy nie będziesz potrzebował mojej pomocy. - Naruto zamrugał kilka razy. Potem odwrócił głowę, próbując ukryć uśmiech.
- Jesteś strasznie sentymentalny, Sasu.
- Powtórz to, a jutro sam zajmiesz się wszystkimi dokumentami.
- Nie odważysz się!
- Sprawdź mnie. - roześmiał się. A potem wstał, obszedł biurko i usiadł mi na kolanach, ostrożnie obejmując mnie ramionami. Przez moment byłem zbyt zaskoczony, żeby zareagować. Naruto również chyba nie do końca wiedział, co robi, bo zaraz zaczął się wiercić, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję.
- Cholera, jesteś strasznie sztywny.
- A ty ważysz więcej, niż pamiętam.
- CO?!
- Nic nie mówiłem.
- Powiedziałeś! - złapałem go w pasie, zanim zdążył zsunąć się z moich kolan, i przyciągnąłem bliżej. Przestał się szarpać. Oparł głowę na moim ramieniu, a ja pocałowałem go we włosy.
- Dziękuję. - wyszeptał.
- Za co?
- Że zostałeś. - przymknąłem powieki.
- Mówiłem ci, że zostanę, młotku.
- Wiem. Po prostu... dobrze jest to słyszeć. - objąłem go mocniej. Nie musiałem już szukać odpowiednich słów. Po raz pierwszy od bardzo dawna wystarczało mi to, że mogłem być obok niego.
Wiosna przyszła szybciej, niż się spodziewałem. Pewnego ranka obudziłem się i odkryłem, że Naruto nie ma obok mnie. Przez pierwszą sekundę poczułem znajomy ucisk w żołądku. Potem usłyszałem hałas dochodzący z kuchni. Wstałem, narzuciłem na siebie koszulę i zszedłem na dół. Naruto stał przy blacie, próbując przygotować śniadanie. Na stole leżały pokrojone warzywa, jajka i przypalony kawałek czegoś, co prawdopodobnie miało być chlebem. Przez chwilę po prostu na niego patrzyłem.
- Co to jest? - odwrócił się z dumą.
- Śniadanie!
- Widzę.
- Sam je zrobiłem!
- To również widzę. - Naruto zmrużył oczy.
- Dlaczego masz taką minę?
- Zastanawiam się, czy powinienem wezwać medyków.
- SASUKE! - zaśmiałem się, podchodząc do niego. Odsunąłem patelnię, wyłączyłem palnik i obejrzałem jego dzieło.
- Następnym razem mnie obudź.
- Chciałem zrobić coś dla ciebie! - zamilkłem. Nie spodziewałem się tego. Naruto również chyba zorientował się, że powiedział coś, co miało dla niego większe znaczenie, niż początkowo zakładał. Opuścił wzrok i zaczął bawić się rękawem bluzy.
- Zawsze to ty się mną zajmujesz. Chciałem... no wiesz. Chciałem, żebyś też mógł czasami po prostu usiąść i odpocząć. - przez moment nie wiedziałem, co powiedzieć. Potem ująłem jego podbródek i delikatnie uniosłem jego twarz.
- Naruto, nie musisz mi niczego udowadniać.
- Wiem.
- Nie musisz być silny każdego dnia.
- Wiem, Sasuke.
- I nie musisz przypalać kuchni, żeby pokazać, że ci zależy. - parsknął śmiechem, a ja pocałowałem go w czoło.
- Ale doceniam starania, młotku. - uśmiechnął się szeroko. Tego dnia śniadanie przygotowałem ja. Naruto siedział przy stole i komentował każdy mój ruch, twierdząc, że używam zdecydowanie za dużo soli, a jajka powinny być bardziej ścięte. Ostatecznie zjadł dwie porcje i stwierdził, że jego byłyby lepsze. Nie odpowiedziałem. Nie chciałem psuć sobie poranka.
Pierwszy raz wróciliśmy do domu Naruto kilka miesięcy później. Nie był to łatwy dzień. Dzieci przyjęły nas spokojnie, ale wyczuwałem, że wciąż próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Boruto zachowywał dystans, choć nie był już tak zamknięty jak wcześniej. Himawari natomiast od czasu do czasu przytulała ojca, jakby chciała upewnić się, że naprawdę jest obok. Hinata przywitała nas uprzejmie. Nie było między nami ciepła, ale nie było również wrogości. Nie zamierzałem oczekiwać od niej niczego więcej. Zraniłem ją, nawet jeśli nie byłem jedyną przyczyną rozpadu jej małżeństwa. Podczas obiadu Naruto starał się rozmawiać z dziećmi, ale co chwilę zerkał w stronę Hinaty. Widziałem, jak zaciska palce na sztućcach, kiedy zapadała cisza. Chciał wszystko naprawić od razu. Chciał, żeby dzieci zrozumiały, że nadal je kocha, że jego odejście od ich matki nie oznacza odejścia od nich. Nie dało się tego zrobić podczas jednego obiadu. Kiedy wychodziliśmy, Boruto zatrzymał mnie przy drzwiach.
- Sasuke-san? - odwróciłem się.
- Hm? - chłopak przez chwilę patrzył na ojca, który rozmawiał z Himawari w salonie.
- Nie wiem, czy jestem zadowolony z tego wszystkiego. Nie podoba mi się, że tata odchodzi od mamy. - nie odpowiedziałem od razu. Nie zamierzałem przekonywać go, że powinien być szczęśliwy z powodu naszego związku. Miał prawo do własnych uczuć.
- Rozumiem. - Boruto zmarszczył brwi.
- Naprawdę?
- Tak. Nie oczekuję, że od razu mnie zaakceptujesz. Nie oczekuję też, że będziesz uważał, że to, co zrobiliśmy, było słuszne. Ale chcę, żebyś wiedział jedno. Nie zamierzam zabierać ci ojca. - chłopak milczał przez chwilę, po czym skinął głową.
- Tata wygląda przy tobie inaczej. - nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
- Jak inaczej? - Boruto wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Jakby znowu był sobą. Wcześniej ciągle był zmęczony. Nawet kiedy się uśmiechał, wyglądał, jakby wcale nie chciał tego robić. - spojrzałem w stronę salonu. Naruto śmiał się właśnie z czegoś, co powiedziała Himawari. Przez moment przypominał chłopaka, którego poznałem wiele lat temu. Tego, który wierzył, że może zmienić cały świat, nawet jeśli wszyscy wokół uważali go za idiotę.
- Nie zawsze będzie łatwo. - powiedziałem.
- Ale twój ojciec naprawdę was kocha.
- Wiem. - Boruto wsunął dłonie do kieszeni.
- Proszę tylko, żebyś go nie zostawił. - te słowa uderzyły we mnie mocniej, niż chciałem przyznać. Przez lata wszyscy prosili Naruto, żeby nie odchodził. Żeby został, walczył, ratował ich i nigdy się nie poddawał. Teraz jego syn prosił mnie o to samo. Skinąłem głową.
- Nie zamierzam. - kiedy wróciliśmy do domu, Naruto od razu zauważył, że coś się stało.
- O czym rozmawiałeś z Boruto? - zdjąłem płaszcz i odwiesiłem go na wieszak.
- O tobie.
- Co powiedział? - podszedłem do niego i objąłem go w pasie.
- Że wyglądasz przy mnie inaczej. - Naruto zmarszczył brwi.
- To dobrze czy źle? - pocałowałem go w czoło.
- Dobrze, młotku. - wtulił się we mnie, a ja oparłem policzek o jego włosy. Tym razem nie musiałem go szukać. Nie musiałem sprawdzać, czy wrócił do domu, ani ukrywać własnej chakry, żeby zobaczyć go z daleka. Był tutaj. A ja również.
Rok później Naruto wciąż nie odzyskał całej dawnej siły, ale znów był Hokage. Nie pracował już po nocach, przynajmniej nie tak często. Shikamaru pilnował, żeby kończył o rozsądnej porze, a ja pilnowałem, żeby Shikamaru nie wykorzystywał tego jako pretekstu do przerzucania na mnie połowy swoich obowiązków. Nie zawsze nam to wychodziło. Czasami Naruto wracał do domu tak zmęczony, że zasypiał na kanapie, zanim zdążył zdjąć płaszcz. Innym razem budził się w środku nocy, przekonany, że znów znajduje się w tamtym wymiarze i że nie zdołał mnie ochronić. Wtedy siadałem obok niego, brałem go za rękę i czekałem, aż jego oddech się uspokoi. Nie mówiłem mu, że sam czasami budziłem się z podobnymi koszmarami. Nie musiał wiedzieć wszystkiego. Ale kiedy pewnej nocy objął mnie mocniej i wyszeptał, że boi się kolejnego dnia, przyciągnąłem go do siebie.
- Nie musisz wiedzieć, co przyniesie jutro. - powiedziałem.
- Wystarczy, że dzisiaj jesteś tutaj. - Naruto oparł czoło o moje ramię.
- A jeśli znowu coś się stanie?
- Wtedy sobie z tym poradzimy.
- Razem? - spojrzałem na niego.
- Razem, młotku. - uśmiechnął się lekko i zamknął oczy. Nie obiecywałem mu, że nigdy więcej nie poczuje bólu. Nie obiecywałem, że świat przestanie być niebezpieczny, a nasze życie stanie się proste. Oboje wiedzieliśmy, że to byłoby kłamstwo. Mogłem za to obiecać mu coś innego. Że kiedy nadejdzie kolejny trudny dzień, nie będzie musiał przechodzić przez niego sam.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy na werandzie naszego domu. Naruto opierał głowę na moim ramieniu, a ja przeglądałem raport, który Shikamaru uparł się dostarczyć mi osobiście, twierdząc, że tylko ja potrafię przekonać Hokage do rozsądku. Kiedy skończyłem czytać, odłożyłem dokument na stolik.
- Wiesz, co sobie pomyślałem? - zapytał Naruto.
- Boję się zapytać. - szturchnął mnie łokciem.
- Drań! Mówię poważnie!
- Słucham. - przez chwilę patrzył na ogród. Posadziliśmy tam kilka drzew i krzewów. Nie było to nic szczególnego, ale Naruto uwielbiał spędzać w nim czas. Czasami pomagałem mu przy roślinach, choć twierdził, że nie mam do tego cierpliwości. Miał rację.
- Kiedy leżałem w śpiączce, zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś cię zobaczę. - powiedział cicho.
- Nie wiem, czy naprawdę cię słyszałem, czy tylko mi się wydawało, ale pamiętam twój głos. Pamiętam, że mówiłeś, żebym wrócił. - zacisnąłem palce na jego dłoni.
- Mówiłem.
- Dobrze, że wróciłem, co? - spojrzałem na niego z ukosa.
- Nie. Teraz muszę znosić cię każdego dnia. Naruto roześmiał się głośno. Tak głośno, że jakiś ptak poderwał się z pobliskiego drzewa. A ja uśmiechnąłem się razem z nim. Po chwili blondyn spoważniał. Obrócił się w moją stronę i przyjrzał mi uważnie.
- Sasuke?
- Hm?
- Jesteś szczęśliwy? - przez moment nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie znałem odpowiedzi. Po prostu nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym pytaniem w ten sposób. Miałem dom. Pracę, której nie znosiłem, ale którą wykonywałem, bo ktoś musiał. Miałem córkę, z którą starałem się spędzać więcej czasu. Miałem ludzi, którym mogłem ufać, choć wciąż nie potrafiłem powiedzieć im tego wprost. I miałem Naruto. Człowieka, przed którym uciekałem przez większość życia. Człowieka, którego prawie straciłem, zanim odważyłem się powiedzieć mu, co czuję. Człowieka, który mimo wszystkich moich błędów nadal wyciągał do mnie rękę.
- Tak. - odpowiedziałem w końcu.
- Jestem szczęśliwy. - Uzumaki uśmiechnął się szeroko.
- Ja też, dattebayo! - przewróciłem oczami, ale nie potrafiłem ukryć uśmiechu. Pocałowałem go w czoło, a on objął mnie ramionami i wtulił się we mnie tak, jak robił to każdego wieczoru.
Przez lata uważałem, że miłość jest czymś, co może odebrać mi wolność. Że jeśli pozwolę komuś zbliżyć się do siebie, stracę kontrolę nad własnym życiem. Dlatego uciekałem, podejmowałem złe decyzje i raniłem ludzi, których wcale nie chciałem stracić. Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Miłość nie sprawiła, że stałem się słabszy. Nie odebrała mi siły ani nie zmusiła do rezygnacji z tego, kim byłem. Dała mi za to powód, żeby przestać uciekać. Naruto poruszył się lekko, a następnie wsunął palce między moje.
- Sasu?
- Co znowu, młotku?
- Kocham cię. - spojrzałem na niego. Uśmiechał się do mnie tym swoim cholernym uśmiechem, który potrafił rozbroić mnie skuteczniej niż jakakolwiek technika.
- Wiem, Usuratonkachi.
- Powiedz to! - westchnąłem teatralnie.
- Kocham cię, Naruto.
- Jeszcze raz!
- Nie przesadzaj.
- SASUKE! - roześmiałem się i przyciągnąłem go do pocałunku. Tym razem nie było pośpiechu, strachu ani świadomości, że za chwilę jedno z nas będzie musiało odejść. Byliśmy tylko my, ciepły wieczór i cisza, której przez tyle lat nie potrafiłem znieść. Oparłem czoło o jego czoło i przymknąłem oczy. Nie wiedziałem, co przyniesie przyszłość. Nie wiedziałem, ile jeszcze błędów popełnimy ani ile razy będziemy musieli uczyć się siebie na nowo. Ale po raz pierwszy nie potrzebowałem znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Wystarczyło mi to, że kiedy otworzę oczy, Naruto będzie obok. A ja nie będę musiał już nigdzie uciekać. Bo w końcu zrozumiałem, że dom nie jest miejscem, do którego wraca się po długiej podróży. Domem jest człowiek, przy którym wreszcie przestajesz chcieć odchodzić.
I chyba w końcu mogę powiedzieć, że to koniec.
Nie wiem nawet, kiedy minęły te cztery lata. Ta historia towarzyszyła mi przez naprawdę długi czas, a jednak przez większość tego czasu nie miałam pojęcia, jak ją zakończyć. Wiedziałam, że chcę dać Naruto i Sasuke szczęśliwe zakończenie, ale samo napisanie ostatnich zdań okazało się trudniejsze, niż myślałam. I oto jesteśmy. Po tych wszystkich latach w końcu udało mi się doprowadzić ich historię do końca. Trochę trudno mi uwierzyć, że już nie będę się zastanawiać, co powinnam dopisać, co zmienić i jak poprowadzić ich dalej. Chociaż znając siebie, pewnie jeszcze nieraz wrócę do tej historii. XD
Dziękuję każdemu, kto poświęcił swój czas, żeby ją przeczytać. Każdemu, kto dotarł aż tutaj, kto przeżywał razem z bohaterami ich wzloty i upadki, a może nawet czekał na zakończenie równie długo jak ja. Mam nadzieję, że było warto. Że Naruto i Sasuke dostali zakończenie, na które zasługiwali, a wy możecie zamknąć tę historię z uśmiechem.
Nie wiem, czy wszystko napisałam tak, jak powinnam. Wiem tylko, że w końcu postawiłam ostatnią kropkę.
Dziękuję, że byliście częścią tej historii. ❤️

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz